Tragedia narodu polskiego w ujęciu psychoanalitycznym

Czesław Dziekanowski

fragment artykułu w kwartalniku ALBO albo
zeszyt „Mity polskie” 4/2009

 

Przeżywanie tragedii

Ciekawi jesteśmy, jak konkretni ludzie przeżywali narodową tragedię. Prasa pełna jest rozmów na ten właśnie temat. Nie mogę się oprzeć, by nie przywołać Jana Rokity. Igor Janke pyta: „Po co przychodzili ludzie na Krakowskie Przedmieście w Warszawie, czy w podobne miejsca w innych polskich miastach, po katastrofie samolotu z prezydentem?”. Były poseł, obecnie znany publicysta, odpowiada: „Ja chodziłem, bo miałem poczucie, że tam buduje się polska wspólnota. Pamiętam, jak siedzieliśmy w tamtą pamiętną sobotę po południu z moim przyjacielem w kawiarni. Ja szedłem na mszę na Wawel, a on tłumaczył mi, że nie może pójść, bo jego dziecko czeka u sąsiadów. Powiedziałem: «Oszalałeś, tam za chwilę będzie się odbywał ceremoniał polskości!». Zostawił dziecko i też poszedł”.

Ten fragment upoważnia nas do narzucenia nań lassa, pętli interpretacyjnej. A mianowicie, są takie wartości, jak polska wspólnota czy ceremoniał polskości, są też takie wydarzenia, jak żałobna msza na Wawelu, z którymi trzeba się skontaktować, na które trzeba podążyć, na które trzeba zdążyć. Trzeba więc odsunąć wszelkie przeszkody, np. dziecko czekające u sąsiadów. Trzeba również, a może przede wszystkim, porzucić dziecko wewnętrzne, to dziecko, które jest w nas. W takiej chwili, w takiej godzinie musimy być dorośli, by działać owocnie. I tak się stało. Przyjaciel, z którym identyfikuje się Jan Rokita, zostawił dziecko i ruszył na Wawel. Wolni od obowiązków Rodzica mogą uczestniczyć w polskiej wspólnocie – właśnie jako Dorośli. Zresztą postawa Jana Rokity jest postawą Mędrca. Jest postawą Wtajemniczonego, który zna motywacje narodu: „Ludzie nie przychodzili ani dla państwa, ani dla spektaklu. Nasi rodacy mają dość nisko rozwinięty instynkt państwowy, a już zwłaszcza ceremonie państwowe są w Polsce puste, drętwe i wyzbyte społecznej emocji. Spektakle, happeningi, oczywiście, zawsze ściągają gapiów. Ale na Krakowskim Rynku w dniu pogrzebu gapiów nie było. Ludzie szli, żeby we wspólnocie uczcić bohatera i przeżyć emocję patriotyczną, Lech Kaczyński, zmarły tragicznie prezydent, w ciągu kilkunastu godzin po swojej śmierci stał się symbolem poświęcenia, miłości ojczyzny, patriotyzmu, bezinteresowności, wszelkich możliwych cnót osobistych i publicznych. Przegrany za życia i zwycięski zza grobu. Cześć dla bohaterów i celebra narodowego nieszczęścia – to są rzeczy, które zawsze nas, Polaków, zwołują w jedno miejsce”.

Dalej Rokita twierdzi, że polskie życie jest dzisiaj sprywatyzowane, zainteresowanie sprawą publiczną jest nikłe: „Momenty mobilizacyjne mogą następować tylko wtedy, kiedy pojawia się możliwość przeżycia jakiejś nadzwyczajnej emocji. I tak się stało. Ludzie porzucili garnki, ogródek, grilla, pracę (…). Paląc świece, mając łzy w oczach, przeżywali swoją polskość (…). Nie ma lepszej okazji do korzystania z tych wszystkich rekwizytów [Rokita na myśli ma lawety, proporce, konie, dzwon Zygmunta – C.D.] jak narodowy pogrzeb. A one wszystkie pomagają nam sobie zbiorowo uświadamiać, że jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Zygmunt budzi tę jasną stronę naszego charakteru”.

Widzimy więc, że musi się coś tragicznego wydarzyć, coś naprawdę istotnego naród musi utracić, żeby doszło do zbiorowego opłakiwania i uświadamiania sobie, że Polska jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Jest to wgląd w skali masowej.

Rokita kontynuuje: „To lud zorganizował pierwsze wielkie obchody na Krakowskim Przedmieściu. Różni mądrzy ludzie – Dziwisz, Nycz, Tusk – popatrzyli, podziwili się przez chwilę, poszli po rozum do głowy i powiedzieli do swoich podwładnych: robimy tygodniowe, wielkie narodowe święto ku czci męczennika i miłości ojczyzny”.

Pojawili się protestanci, oponenci, którzy poczuli strach, że zwycięża coś, czego się strasznie boją. Wystraszyli się tego symbolu – mówi Igor Janke – i chcieli jego powstanie zablokować. Rokita dopowiada: „Oczywiście, że Lech Kaczyński był głową państwa i bez tego faktu nie byłoby tej skali ceremoniału. Ale to jest rzecz wtórna. Jeśli mówię, że lud zdecydował, to nie mam na myśli ludowej czci dla najwyższego urzędnika państwowego czy polityka, bo przecież lud politykami pogardza, a urzędników lekceważy. Ludowa Polska czciła raczej bohatera swojego romantycznego mitu, który kochał dziecięcą miłością Polskę, został skrzywdzony i poniżony z powodu tej swojej miłości. Który przegrał za życia, ale życie poświęcił za to, by nikt nigdy nie powtarzał już kłamstwa katyńskiego. Ja w każdym razie miałem nadzwyczaj mocne poczucie, że naprawdę uczestniczę w swego rodzaju cudzie zmartwychwstania (…). Pośmiertne znaczenie Lecha Kaczyńskiego bierze się z tego, że stał się on kolejną romantyczną figurą polskiej historii. Że dziś jego postać dostarcza wzruszeń ludziom, którzy go nigdy nie spotkali” (Jądro polskości, z Janem Rokitą rozmawia Igor Janke, „Rzeczpospolita”, 30 kwietnia – 3 maja 2010).

Rozmowa z Marią Flis, socjologiem i profesorem UJ, ma w tytule charakter wezwania: Panujmy nad emocjami. Według Marii Flis to, co działo się po katastrofie pod Smoleńskiem, odbywało się na fali zbiorowych emocji. Były one bardzo silne, wspólne Polakom, ludzie byli zszokowani. Przecież nikt nie wpadłby na taki scenariusz zbieżności nieszczęśliwych wypadków, tego nie da się zrozumieć w kategoriach racjonalnych. Ale na fali takich właśnie wielkich emocji działy się rewolucje.

Maria Flis podkreśla, że z punktu widzenia psychologii w zbiorowych zachowaniach nie jest to nic nowego. Kultura współczesna uruchamia potrzebę manifestowania publicznie emocji, obnażenia siebie. Wtedy czujemy się spełnieni i dowartościowani. Jest to globalny ekshibicjonizm emocjonalny. W naszej kulturze nabrał on jednak cech narodowego mitu założycielskiego i dał uczestnikom złudzenie tworzenia historii.

Pytanie, czy tragedia ten mit wskrzesiła? Oczywiście, odpowiada Maria Flis. Tragedia wskrzesiła mit założycielski Polski dotkniętej tragizmem narodu, który powstał w paradygmacie ofiary i męczeństwa.

Pani profesor uważa, że śmierć Lecha Kaczyńskiego to swoista rewolucja. Właśnie owa śmierć sprawiła, że dla wielu Polaków będzie on funkcjonował jako mit, mąż stanu, bohater. Ten, który tworzył politykę historyczną i sam stał się jej ofiarą (przez przypadek). Pani profesor w związku z tym uczula nas na rzecz następującą. Trzeba, mówi, mieć świadomość tego, że kontekst, w którym przedstawiana jest śmierć Lecha Kaczyńskiego, jest nadużyciem semantycznym. W Katyniu – i w innych miejscach – w 1940 roku wymordowano ponad 20 tys. ludzi, to była wojna, ludzie walczyli o niepodległość, o życie. Prezydent nie leciał do Katynia bronić niepodległości, tylko między innymi po to, by pokazać, kto jest winny tej zbrodni, i chciał, aby Rosja za nią przeprosiła. To jest różnica, której od dnia tragedii nie dostrzegają media, politycy i zwyczajni ludzie. Tak manipuluje się zbiorowymi emocjami.

A teraz rzecz najważniejsza. Według pani profesor, wykreowany mit Lecha Kaczyńskiego sprawia, że odbiera się nam możliwość dyskutowania o nim jako polityku. Jego postać jako prezydenta dotkniętego tragedią została utożsamiona z nim jako zwykłą osobą. Krytykowanie jego prezydentury jest traktowane obecnie w kategoriach zdrady narodowej, a trzeba wziąć pod uwagę, że debata to jest coś, co wpisane jest w demokrację, i nie wolno nam tego zaniechać.

Maria Flis zarzeka się, że nie jest tendencyjna. Mówi: „Ja nie oceniam Lecha Kaczyńskiego jako osoby, bo go po prostu nie znałam, tylko jako polityka, prezydenta. W tej roli był kiepski i tak oceniała go znaczna część Polaków. Nie ma w tej ocenie nic nagannego i do niedawna taka ocena była dominująca. Teraz śmierć niemal go uświęciła”.

I puentuje: „Śmierć Lecha Kaczyńskiego nie przysłoniła tego, że był warszawiakiem, i nie dała ludziom poczucia, że sama śmierć, nawet tragiczna, umiejscawia go na Wawelu. Wawel jest traktowany w kategoriach symbolu jedności narodowej. Ta symbolika została teraz rozmyta. A dla symbolu nie ma nic gorszego niż rozmycie jego pola znaczeniowego”.

Nawet wybitna socjolog, jak widać, zgłasza trudność w interpretacji takiej postaci jak Lech Kaczyński, kiedy oświadcza, że nie jest jej znany osobiście, lecz jako osoba funkcjonująca publicznie.

do góry