XI Forum Inspiracji Jungowskich Jung a Freud

Zarówno na zakończonym XI, jak i ubiegłorocznym X Forum Inspiracji Jungowskich pojawił się problem definiowania archetypu i przejawów jego realnej obecności w życiu. W roku ubiegłym jawił się on głównie w kontekście relacji archetyp – symbol, w tym roku zaznaczył się w nieco szerszej perspektywie.

Już podczas poprzedniej Konferencji zadawałem sobie pytanie, które powróciło i teraz jako natrętna myśl:

– Jaki to archetyp domaga się naszego zainteresowania i organizuje ludzkie wysiłki, aby móc zaistnieć w rzeczywistości?

– Jak to się dzieje, że wielu ludzi uczestniczy w „obrzędzie” na jego cześć?

– Co to za duch przemożny zawładnął ludzkimi czynami i działaniami, by sobie je podporządkować?

– Jaką to nowinę chce w ten sposób obwieścić światu poprzez zorganizowanie ludzkiej zbiorowości?
I wreszcie – Jakie jest jego prawdziwe imię?

Najpierw archetyp ten pojawił się niespodzianie, wyczarowany smyczkiem na strunach skrzypiec; prowadzony kobiecą, delikatną dłonią, wychynął z pudła rezonansowego, zaistniał niebawem w muzycznej przestrzeni Biblioteki Narodowej – otwartej na słowa, dźwięki i harmonię wszechświata, a później przymknięty został na chwilę, w pustce i ciszy, przez klucz wiolinowy. Odżył w refleksjach i wspomnieniach prof. Krzysztofa Maurina dotyczących dualizmu zasad, które wyznacza religijna tradycja. Szczególnie interesująca była jego opozycyjność względem zasady pasywnej, która – w jego kontekście – nabrała znaczeń i, o dziwo, energii. Zaistniał też jako jedna z form-idei, umożliwiających postęp myśli – w matematyce i filozofii. Dostrzeżono też jego zgubny wpływ na partnerskie związki
i ostrzegano przed nim wszelkie „panie”, mające niejasne zamiary względem „uczonych mężów”.

Archetyp ten zaznaczył też swą obecność w koncepcji rozwoju psychicznego człowieka (freudowskiego rozwoju psychoseksualnego i jungowskiej indywiduacji) oraz dał się poznać jako czynnik kształtujący rozwój i wpływający na superego (sumienie) oraz jako pewna niewiadoma, przeczuwana przez dra Damiana Janusa w zaburzeniach psychicznych, głównie anoreksji.

Obecność przedstawiciela psychologii akademickiej, prof. Ryszarda Stachowskiego (UAM, Poznań), nieuznającego dominującej roli nieświadomości jako realnej podstawy ludzkiego przeżywania siebie i świata, trochę go spłoszyła, ale wnet zmusił uczestników do wysiłku poszukiwania jego obecności. Pomagała mu w tym, ujmująca rzetelnością w formułowaniu pojęć i odwagą wobec polskich realiów światopoglądowych, myśl teologiczna ks. dra Kazimierza Pajora, obejmująca swym zasięgiem fundament teorii psychologii głębi – psychoanalizy Freuda i psychologii analitycznej Junga.

Jego majestatyczne, zdawałoby się, oblicze odbrązowiła na chwilę opowieść dr Jadwigi Wais, o nocnych podróżach i długich spacerach Junga, ukazująca mroczne i zwyczajne aspekty ludzkiego żywota. O jego tajemniczej sile, która przywołuje skrajności, raz je rozdziela, a raz łączy, mówił referat dra Tomasza Olchanowskiego, kończący Forum.

Z moich przymusowych pytań, ugłośnionych powyżej, wyłoniła się potrzeba określenia dojmującej idei, organizującej ludzi w określony sposób, w określonym miejscu, czasie i sytuacji. Idei, która wymusiła moją natrętną myśl i czynność; zapewne związaną z archetypem, wobec którego to się pojawiła.

Przymus (gr. ananke) określa pewną czynność, którą człowiek zmuszony jest wykonywać, nieraz po wielokroć i wbrew sobie, niejako wbrew własnej woli.

Źródło tego przymusu dla osoby jemu ulegającej pozostaje z reguły nieznane. Postanowiłem poszukać w słownikach mitów kontekstów znaczenia słowa ananke (gr. «konieczność; to, co ma być»), ale nie udało mi się znaleźć żadnego mitycznego opisu sytuacji wzorcowej. Byłem przez chwilę nieco skonfundowany.

Wiedziałem, że Ananke była utożsamiana z losem i przeznaczeniem.
Jako lekarz sięgnąłem do poetyckiego opisu innego lekarza, który w ten sposób pisze o konieczności: „Konieczność ma na imię Ananke. Podlega jej każdy, nawet bogowie na Olimpie. Jej jednej nie wcielił Homer w żadną postać i dlatego wątpiono, czy ma twarz. Pokazał tylko jej córkę, Mojrę, która przędzie nić życia. U Hezjoda są już trzy Mojry: pierwsza – przędzie na wrzecionie, druga – czuwa nad długością nici, trzecia – czeka z nożycami w ręku. Nad nićmi góruje ta, którą otacza najwyższa tajemnica, a od jej wyroku nie ma odwołania, ta, którą Ajschylos nazywa «silną Mojrą», «Ananke»”.
Dalej jeszcze Andrzej Szczeklik w swej książce Katharsis pisze: „Etymologicznie mówi nam, iż w imieniu Ananke brzmi i «przymuszenie» i «powinowactwo». (..) Inni natomiast widzą bliskość słowa ananke ze zwrotem «brać w ramiona»”1.

Wobec takich określeń losu, w tym losu uczestników Forum, powstaje pytanie o jego sprawcę – archetyp, a właściwie jego działającą emanację – sprawczynię, która tajemniczo pojawiła się w wystąpieniu inauguracyjnym.
Ananke, choć nie posiada własnego wizerunku (twarzy) ani imienia, posiada wyraźne oblicze Mojry, później wyrażone w postaciach swych trzech cór: „Kloto, Lachezis i Atropos, które śmiertelnym rodzącym się wyznaczają, jakie dobro i zło będą mieli”2.
Już sam fakt pojawienia się tej mitycznej istoty w trzech postaciach zmusza do refleksji nad ich dopełnieniem (wyrażającym się w całkowitości liczby cztery).

Trzy mityczne prządki zrodzone są według Hezjoda z Nocy, co każe przypuszczać
o istnieniu macierzyńskiego związku Ananke z Nocą. Być może i Noc, i Ananke łączą się ze sobą w jakiś tajemniczy sposób poprzez syna Nocy – Mrok (gr. Ereb). Mrok, który jest tożsamy z ludzką niewiedzą (nieświadomością) i potrzebą (przymusem) wiedzy; również tej akademickiej, oświeceniowej, która nie uznaje mroków średniowiecza.
To, co skryte w mroku, istnieje prawdziwie tylko w ramionach nocy, odsłania dla jasności dnia tylko jedno swe oblicze – dojmującą prawdę; prawdę objawiającą się w imieniu (Logos).

Resztę owiewa tajemnica; czarodziejska tajemnica, która zmusza, bierze w ramiona.
Greckie słowo ananke i hebrajskie anan (czary) brzmią bardzo podobnie i oddają wspólnie jakiś czarodziejski refleks konieczności, który pojawia się, gdy człowiek mocą swego rozumu i wyobraźni próbuje mierzyć się z tym, co nienazywalne; w tym wypadku z archetypem. Taki czarodziejski refleks błyskał między innymi w muzyce Jana Sebastiana Bacha z I sonaty g-moll rozpoczynającej XI Forum i dźwięczał w czasie jego trwania.

Jeśli więc ten dźwięk zwiastuje archetyp, który „przymusza nas” i „bierze w ramiona” (jak chcą niektórzy) oraz powoduje, że poprzez niego i wobec niego stajemy się „powinowaci”, to tylko mu ulec i spotkać się ponownie za rok.

Andrzej Wierzba

Przypisy: 
1 A. Szczeklik, Katharsis, Wydawnictwo Znak, Kraków 2003.
2 Hezjod, Teogonia (w. 218–219). W: T. Kubiak, Mitologia Greków i Rzymian, s. 38–39, Świat Książki, Warszawa 1997.

Zobacz także: