Recenzja książki
Osad

Tomasza Bohajedyna

Osad Bohajedyna na pewno mąci. Bohajedyn lubi to robić, lubi wciągać odbiorcę w konfrontację ze swoją sztuką, jaka niejednokrotnie wymyka się jakiejkolwiek ocenie. Tak dzieje się też w przypadku Osadu, książki, wobec której nawet genologia jest bezradna. To, co proponuje autor nie jest ani tylko zbiorem wierszy, ani tylko zbiorem grafik czy fragmentów prasy. Podane wszystko razem też jednak staje się trudne do uchwycenia. Czemu tak się dzieje? Bo to jest książka Bohajedyna, bo to jest jego sztuka, która ma angażować, która ma właśnie mącić po to, by coś w nas poruszyć.

Porusza grafika. Krzykliwa, wręcz wrzeszcząca, utrzymana w estetyce ekspresjonistycznej. Momentami trudno jednak mówić nawet o jakiejkolwiek estetyce, gdyż autor niejednokrotnie świadomie ją przełamuje, tworząc tym samym obrazy, które często bolą. Nie jest to jednak ból bezpłodny. Bohajedyn obdziera rzeczywistość z jej ułudy.

W Osadzie obrazy dopowiadają teksty tak, jak teksty są dopowiedzeniem obrazów, tworzące jednocześnie nowe obrazy, przez co mamy do czynienia z multiplikacją sensów i tak trudnych do uchwycenia. Czytając i oglądając, możemy odnieść wrażenie, że wszystkie trójkąty zmieniły się w ostrokąty. Z jednej strony haiku Bohajedyna – z założenia więc syntetyczne i nie ulegające jakiejkolwiek interpretacji. Z drugiej – poemat Indiańskie lato. Z trzeciej zaś – Liga zwalczania śmierci pozornej w 20 kolażach, który stanowią fragmenty prasowe, na pozór łatwiejsze w odbiorze niż teksty części pierwszej Osadu, które to jednak stanowią niejednokrotnie ich “małe motta” oraz kolaże właśnie.

Wszystko zaczyna tworzyć skomplikowane światy, chcące powiedzieć nam coś o tym świecie, w którym żyjemy. Książka tworzy atmosferę iście surrealistyczną, nieuchwytną i przez to problematyczną. Pozorny moment jej ogarnięcia przez czytelnika okazuje się po chwili złudny. Czasem odbiorca może odnaleźć nawet cząstkę siebie w blondynce ze zbolałą miną czy w jednym z dwóch Punków, który zdradził samego siebie. Człowiek wyłaniający się z Osadu jakby świadomie odrzuca Boga, jak w utworze Recykling. Nie potrafi też umiejscowić siebie w tym, co go otacza. Pali fotografie z dzieciństwa, które i tak powraca, rozgrzebywane w pamięci jawi się jednak w wymownie czerwonym kolorze. Ten człowiek wręcz nie może zapomnieć, bo pozbawiony korzeni, ma niewiele czasu na układy z życiem. Co więcej, jest bez reszty zdeterminowany. Przez otoczenie, doświadczenie i system. To świat ułudy, w którym nieurodzeni w slumsie, opiewają go, jak w wierszu Zakazana piosenka. Tylko ten, kto stworzył system i kłamstwo wokół niego, może czuć się wolny. Gdyż jest na to społeczne pozwolenie. Świat Osadu jest światem, który konstytuuje pieniądz, bo na gnoju wszystko rośnie lepiej. A człowiek niejednokrotnie musi udawać, by później zdjąć kostium superbohatera i być gotowym na potyczki z rzeczywistością.Lecz to wciąż tylko kolejne, mnożące się labirynty. W tym jeszcze trzy niezwykłe samobójstwa Bohajedyna i koniec świata zapowiedziany wyciem psa w centrum miasta.

Bohajedyn nie daje odbiorcy żadnej odpowiedzi na pytania, które niewątpliwie rodzą się podczas czytania-oglądania Osadu. Osad wymaga zaangażowania, nie tylko w samą lekturę, co w niesione przezeń treści. Ponieważ komentują one to, co jest tu i teraz. Nie jest to jednak odosobniony, zawieszony w próżni wycinek rzeczywistości. On funkcjonuje w kontekście tego, co było i tego, co może będzie.

 

Magdalena Kilian

Śródmiejski Ośrodek Kultury, Kraków