Młodzik

fragment książki Szkoła wojny
Czesława Dziekanowskiego

 

Tymczasem nadal jesteśmy w chałupie. Na zewnątrz – z przeciwnej strony niż wzeszło słońce – nadciąga buczenie. W pierwszej chwili obydwoje mieliśmy skojarzenie z lotem much, pszczół, trzmieli. Ale już w następnej, gdy szyby zaczęły drżeć, dygotać i szczękać, jakby chciały wyskoczyć z ram, sytuacja spoważniała. W umyśle matki zrodziło się podejrzenie, że nadlatuje opasły aeroplan. Raptem przypomniała sobie nocny nalot. W jej śnie był to ciężarny samolot. Matka krzyknęła: „On w swoim brzuchu ma bomby!”. I dodała: „Chowajmy się, on zaraz rozwiąże się nad naszymi głowami!”.

Od jej słów zagrożenie zgęstniało do tego stopnia, że pociemniało mi nie tylko w oczach, ale i w uszach. Na szczęście matka wzięła mnie za ramię i tą samą dłonią za klamkę. Miała taką moc, że w ogóle nie wysilając się, powaliła mnie na ziemię, natomiast drzwi z grzmotem i świdrującym piskiem wyjęła z zawiasów i wypchnęła na dwór – na środek podwórza, pod rozłożyste konary dębu.

Powoli odzyskiwałem orientację. Teraz dopiero mogłem zauważyć rzecz zdumiewającą. Właśnie dotarło do mnie, że grzmot i pisk nie były z matki, tylko z Niemców. Nasza chałupa, która miała dach ze smolistej papy, została przełamana na dwie części. Nasz nowy dom pękł na pół od bomby, która z jękiem powietrza osunęła się w objęcia ogrodu, wykorzeniając większość owocowych drzew. Było to podłe dzieło Niemców. Dla mnie byli oni nie tylko okrutni, ale i przebiegli, doskonale zamaskowani, niby obecni, a jednak szczelnie ukryci. Co tu mówić, byli absolutnie niewidoczni. Nie mogąc ich dostrzec, pomyślałem nawet, że są niewidzialni jak duchy. Ale matka, w przeciwieństwie do mnie, rozpoznawała ich
z łatwością. Ona widziała ich wszędzie. Ona własną paniką przenikała ich zbrodnicze intencje: „Synku, Niemcy zrzucają na nas bomby”. Spytałem: „Dlaczego oni je na nas zrzucają?”. Ona na to: „Oni chcą nas zabić, musimy się ukryć”. I rozejrzała się akurat w chwili, w której nasz piękny dom się zawalił: „Ale nie mamy gdzie”.

Chciała uciekać, by znaleźć się jak najdalej od zrujnowanej chałupy. Zamierzała biec w stronę stodoły, ale nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Strach ją paraliżował, podobnie paraliżował mnie. Potrafiła jedynie przygarnąć moją głowę do siebie i przywrzeć do dębu, który miał ciepłą, mechatą korę. Umiała jedynie paść na kolana i jak scyzoryk złożyć się do ostrej modlitwy: „Boże na wysokościach, Panie, który zarządzasz niebem i ziemią, aniołami, ludźmi i potworami, nie dopuść do naszej nagłej śmierci! Spraw, aby te niemieckie bomby spadały obok, za każdym razem obok! Zachowaj nas przy życiu, a gdybyś miał inny zamiar, to błagamy Cię, już
w tej godzinie odpuść nam wszystkie grzechy i zbaw nasze nieśmiertelne dusze!”.

Teraz na niebie szybowały dwa i dwa.

Jeden dodawał się do drugiego, drugi do trzeciego,
a trzeci do czwartego. Samoloty powoli mnożyły się i ciężko się zbliżały. Oprócz smugi dymu uobecniał je szorstki, dychawiczny, dudniący, wydłużony, posuwisty, to znów zawisający w powietrzu warkot.

Niemiłosiernie długa cisza, zapierająca dech w piersiach jak przed burzą. I nagle bomba na horyzoncie. Świst, z jakim spadała, hipnotyzował mnie. Wydawało się, że tym razem uderzy w matkę, uderzy we mnie i będzie koniec. Zginiemy na miejscu. Rozpryśniemy się jak skwierczące krople tłustego deszczu. Rozsypiemy się w drobny, niemy mak.

Tymczasem bomba przefrunęła nad koroną drzewa, pod którym przycupnęliśmy, i uderzyła w stodołę. Wybuchł pożar. Ogień z miejsca dobrał się do masy pożniwnej – ciasno ułożonych snopków żyta i pszenicy, jęczmienia i owsa. Słoma, a nawet zgromadzone ziarno zostało wessane przez żar i, chcąc nie chcąc, płonęło.

Matka była zrozpaczona. Chciała gasić pożar, ale nie wiedziała jak. Wymachiwała dłońmi, pluła, ale mało skutecznie. W końcu uciekła się do błagania Najwyższego: „Boże, nie dopuść, by nasza stodoła zamieniła się w piekarnię, która piecze zbożowy chleb!”.

Po drobnym namyśle jednak zmieniła front. Owszem, znów się rozpłakała, ale tym razem z wdzięczności: „Dzięki Ci, Panie, za wszystko, co dla nas uczyniłeś”.
I przytulając mnie do siebie, szepnęła: „Gdybyśmy nie zatrzymali się przy dębie, tylko schowali się w stodole, już byłoby po nas, synku. Spłonęlibyśmy żywcem. Pozostałyby co najwyżej dwie garście popiołu”.

Ledwo zaczęła dziękować Bogu za ocalenie życia, a już w to samo miejsce spadła druga. Uderzyła w stodołę jedynie po to, by podmuchem ugasić pożar. Matka uznała to za cud. Jedna bomba zapaliła stodołę, druga zaś ją zgasiła. Z jednej strony zniszczenie, natomiast z drugiej, zwłaszcza z innego, wyższego punktu widzenia – wybawienie. Tak czy inaczej, wszystko, co wydarzyło się do tej pory, było widomym znakiem opatrzności. Bóg, choć w sposób dość zagadkowy, może nawet przewrotny, czuwa nad nami i wysłuchuje naszych modlitw.

Z niskiej łąki, która graniczyła z gęstym lasem, nieoczekiwanie wyłoniła się babka. Nie pojawiła się sama, lecz w towarzystwie owieczki, która nie wiadomo skąd przybyła, najwyraźniej się przyplątała. Babka trzymała zwierzątko w ramionach i biegła w stronę piwnicy. Zadyszanym głosem tłumaczyła, że tam ona z owieczką się zakopie, a nam radziła uciekać, gdzie pieprz rośnie. Wskazała na szkołę, zachwalając jej podziemne korytarze. Zresztą już zgromadzili się tam wszyscy moi rówieśnicy. Lada moment rozpocznie się rok szkolny – popłynie pierwsza lekcja. Matka na to: „Święta racja, nie możemy się spóźnić”. I z lekkim wahaniem dodała: „Zaprowadzę cię do szkoły, matka ma prawo i obowiązek oswoić swoje dziecko z mrokiem podziemnych tuneli”.

Już, już mieliśmy wyjść spod korony drzewa i przemierzyć podwórze, ale zaintrygował nas widok dziewczynki. Matka zatrzymała się przed nią i spytała: „Czyja ty jesteś?”. Dziewczynka skinęła głową, co w niczym nie pomogło matce. Nadal dziewczynka wydawała jej się obca, a przecież pragnęła ją poznać. Ponowiła więc pytanie z większą natarczywością: „Znam wszystkie dzieci w najbliższej okolicy, i to po imieniu, a ciebie pierwszy raz widzę. Powiedz wreszcie, skąd się tu wzięłaś?”. Ona na to: „Uciekłam ze szkoły”. Matkę wprawiło to
w zdumienie, wręcz rozdrażniło: „Nie chcesz być uczennicą”. Dziewczynka znów skinęła głową: „Lubiłabym być w szkole, ale nie dzisiaj. Strach mnie ściga, mam złe przeczucia. Nie chcę zginąć, dlatego uciekam”. Matka gotowa była wziąć dziewczynkę na ręce. Wziąć, by ją pocałować, gdyż dziewczynka była piękna i słodka, choć ogłupiała przeczuciem nieszczęścia. Wziąć na ręce, by oderwać dziecko od ziemi i zanieść do szkoły. To jednak było prawie niemożliwe. Dopóki dziewczynka stała pośrodku podwórza, miała ponaddziecięcą siłę – moc osoby dorosłej. Rzecz jasna, pomagałem matce, ale dziewczynka protestowała. Kopała, gryzła, wyrywała się, drapała nas do krwi. Powaliliśmy ją na trawę i przydeptali, ona jednak ciągle stawiała zacięty opór. Spieszyliśmy się, a przecież nie moglibyśmy ruszyć bez niej, bo to by oznaczało, że porzucamy ją na pastwę losu. W tej chwili bowiem miejscem najbardziej bezpiecznym – zarówno dla dziewczynki, jak i dla nas – była głęboka szkoła, przede wszystkim dlatego, że obfitowała w solidnie zbudowane podziemne korytarze. Podobno były tam szerokie i długie, po prostu przestronne tunele. Według słów babki, które teraz rozwijała matka, można tam było schronić się przed niemieckimi bombami. Przed atakiem skryć się głęboko pod ziemią i pożytecznie, w ogóle nie tracąc bezcennego czasu szkolnego, wystawić się na wiedzę nauczycieli, na ich mądrość jak na działanie promieni słońca. Tylko trzeba się pospieszyć, nie zwlekać, zwłaszcza że już nadlatywały samoloty. To ich warkot z piwnicy wypłoszył owieczkę.

Babka ruszyła w pościg za uciekinierką. Pomoglibyśmy jej, ale matka i ja, obydwoje byliśmy mocno zaangażowani w dziewczynkę, która stosowała najprzedziwniejsze sposoby obrony. Robiła niezrozumiałe miny, podstawiała nam nogę, żebyśmy się potknęli i przewrócili, to znów podskakiwała w rytm nieznanej melodii. Dosłownie robiła wszystko, by zablokować nasz marsz, a raczej nasze wleczenie jej, nasze turlanie jej ku szkole.

Babka – ile sił w nogach! – pragnęła natychmiast dogonić przerażone zwierzątko. Skłonić do powrotu, zapędzić do piwnicy. Żaliła się: „Ta bestia jest szybsza ode mnie, a co najgorsze, rośnie mi w oczach”. Po paru krokach babka znów się poskarżyła: „Goś dziwnego dzieje się z moją owieczką. Ona przeistacza się w sarnę”. Ja,
a po chwili matka, obydwoje odnieśliśmy podobne wrażenie. Właśnie byliśmy świadkami zdarzenia nie do pojęcia. Na naszych oczach owieczka przestawała być beczącym zwierzątkiem. Nie była to też owca, która ucieka śmiesznymi, drobnymi kroczkami. Rzeczywiście, to była sarna, która czmychając, potrafiła tańczyć posuwiście. Dość na tym, że babka w pościgu nagle zatrzymała się na żywopłocie, podczas gdy owieczka, sarna – a może był to już struś czy kangur – bez trudu przeskoczyła ogrodzenie. I to coś nieokreślone, budząc grozę i zdumienie swą zagadkowością, znikało bez śladu, przepadało jak kamień w wodę.

Tak oto babka została opuszczona. Nic więc dziwnego, że pociekły jej łzy. W końcu rozpłakała się na myśl, że przyjdzie jej bez towarzystwa kryć się w mrocznej piwnicy.

Wprawdzie strach ją hamował, niemniej już, już zawracała. Na szczęście wyprzedziła ją bomba. Spadła do piwnicy i jej ciemność, której babka zawsze się bała, rozerwała na strzępy. Przy okazji w powietrze wysadziła zgromadzone tam kartofle.

Babka oniemiała, babka zamarła. Nie była w stanie ani nogą, ani ręką ruszyć. Całym ciałem przywarła do żywopłotu. Była jak ten słup soli. Sekundy płynęły,
a ona ciągle tkwiła w tym samym miejscu, wyraźnie porażona świadomością cudu, który się dokonał, by ocalić jej życie.

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz