Osiem milionów w pasku od spodni

fragment książki
Kradzież tożsamości

Tomasz Trejderowski

 

Bohater historii pracował wówczas w firmie wynajętej przez pewien bank do stworzenia systemu kopii zapasowych na wypadek awarii głównego komputera w arcyważnym „pokoju przelewów”. Jego pracownicy przetwarzali wówczas dziennie przelewy na prawie miliard dolarów. Do autoryzacji przelewu wykorzystywany był pilnie strzeżony specjalny kod, codziennie inny, znany tylko nielicznym pracownikom banku, uprawnionym do zlecania przelewów zewnętrznych.

Zgodnie z zeznaniami socjotechnika, pracownikom pokoju nie chciało się zapamiętywać tego kodu, więc zapisywali go sobie na karteczce przyklejonej do monitora. Biorąc pod uwagę, że składał się on z zaledwie czterech cyfr i obowiązywał przez dwadzieścia cztery godziny, trudno uwierzyć, że kierowali się oni aż takim lenistwem i beztroską, graniczącymi ze skrajną głupotą. Ale cóż…

Socjotechnik, jako tworzący system kopii zapasowych, miał praktycznie nieograniczony dostęp do „pokoju przelewów” i jego pracowników. W dniu oszustwa wszedł więc tam, jak każdego innego dnia, i podczas niezobowiązującej rozmowy zerknął na karteczkę.

Prosto z pokoju udał się do automatu telefonicznego, skąd zadzwonił z powrotem do miejsca, które przed chwilą opuścił. Zmieniając głos i tożsamość, podał się za pracownika wydziału międzynarodowego banku i zlecił wykonanie przelewu. Podał numer swojego rzekomego biura, obowiązujący na ten dzień kod odczytany w „pokoju przelewów” oraz szczegóły samego przelewu – dziesięć milionów dolarów z nowojorskiego Irving Trust Company do Wozchod Handelsbank of Zurich w Szwajcarii, gdzie wcześniej założył konto. Przyjmująca potwierdziła dane przelewu, po czym poprosiła o kod międzybiurowy. To zaskoczyło socjotechnika poważnie, bo mimo zakrojonego na dużą skalę rozpoznania, nigdy o czymś takim nie słyszał. Zachował jednak zimną krew, stwierdził, że musi o niego zapytać
i rozłączył się. Zadzwonił do innego wydziału banku, podał się tym razem za pracownika „pokoju przelewów” i najzwyczajniej w świecie zapytał o kod międzybiurowy. Uzyskał go bez problemów, a w trakcie czwartej krótkiej rozmowy – drugiej do dziewczyny z „pokoju przelewów”, podał go
i uzyskał potwier­dzenie zlecenia przelewu. W ciągu niespełna piętnastu minut, dzięki inteligencji, znajomości obowiązujących procedur i fatalnemu stanowi amerykańskich systemów bezpieczeństwa bankowego w tamtych latach, wzbogacił się
o dziesięć milionów dolarów.

Odczekawszy dla bezpieczeństwa kilka dni, poleciał do Szwajcarii, gdzie jeszcze w tym samym dniu zamienił gotówkę na warte osiem milionów dolarów diamenty. W trakcie kontroli celnej, po powrocie do Stanów Zjednoczonych, trzymał je w kieszonce na pieniądze w pasku spodni.

W końcu jego historia trafiła do Księgi rekordów Guinessa, do kategorii „największe oszustwo komputerowe”. Jego wyczyn zdeklasowały dopiero mające miejsce dwadzieścia lat później „nigeryjskie szwindle”, w trakcie których wyprowadzano kwoty dwudziestokrotnie większe.

Bohater naszej historii dokonał jednej z najzuchwalszych kradzieży bankowych w historii, nie używając pistoletu ani nawet komputera. Zaatakował najsłabsze ogniwo – człowieka.