Niepożądane wtajemniczenie

fragment książki
Bezkresna narracja

Czesław Dziekanowski

Pójdźmy pod prąd i zapytajmy trochę przewrotnie: Czego współczesny twórca nie chciałby wiedzieć? Co osłabia jego kondycję psychiczną, co działa na jego niekorzyść? Co, jeszcze ostrzej rzecz ujmując, stanowi jego niepożądane wtajemniczenie?

Śmiem twierdzić, iż chciałby wierzyć, że na przykład w tym roku – jeśli jest istotnym prozaikiem – rzeczywiście wydał (po dekadzie pisania) swoją jedną, a zarazem jedyną, wyjątkową powieść. Że to jest w jego życiu ważne wydarzenie.

Tymczasem jego utwór trafia do księgarń. Oczywiście jest jednym z wielu wystawionych na sprzedaż. Dla uproszczenia przyjmijmy, że jego dzieło pojawia się na rynku naprzeciwko, czy w towarzystwie, miliona nowości z tej dziedziny. Wydał książkę, stworzył ją, a ona w ułamku sekundy znikła z horyzontu, zanurzyła się w morzu literatury, symbolicznie, ale też dosłownie, utonęła w nim.

I to jest dlań szok, którego wolałby uniknąć. On jako twórca właśnie tego znikania nie chciałby widzieć, o zabójstwie czy (nazwijmy to tak) samobójstwie swej powieści nic nie chciałby wiedzieć.

Tak właśnie wyglądał, czy raczej przedstawiał się, jego świat, a jak rzeczy się mają gdzie indziej, co słychać u innych? Mimo przygnębienia jednak postanowił wysondować, w jakiej sytuacji są malarze. Tuż za rogiem ulicy galeria, gdzie natrafił na mistrza, który mu wyjaśnił i uświadomił, że w naszym kraju niemal wszyscy są artystami. Rocznie każdy (profesjonalista czy amator) wykonuje co najmniej jeden nowy obraz. Mistrz w tym sezonie namalował ich ponad sto. Prozaik wiedział o tym z prasy, niemniej zrobił wielkie oczy. No więc mistrz wyjawił mu, że są i tacy, za przeproszeniem, artyści, którzy dziennie tworzą tysiąc. Nawet gdybyśmy najskromniej liczyli, to w tej sytuacji nie tyle każdy, ale co dziesiąty obywatel miałby do obejrzenia kilka milionów dzieł plastycznych.

Zszokowany prozaik, aby odzyskać równowagę psychiczną, idzie na spacer, a w istocie podąża do osiedlowego klubu – na koncert. Ledwo zdążył przekroczyć jego próg, a już rzucił się na niego tłum z zaproszeniami. Okazało się, że w olbrzymiej sali było ciasno od muzyków, on był tu jedynym zwykłym człowiekiem, czyli potencjalnym słuchaczem. Rozszarpywano go sobie, jakby był gwiazdą. Oferta za ofertą. Popisywali się przed nim swoimi umiejętnościami. Niektórzy grali jednocześnie na dwóch, trzech, a nawet czterech instrumentach. Zabiegając o jego posłuchanie, rywalizowali ze sobą na innowacje. Każdy muzyk wprowadzał jakieś zmiany do swego wykonania. Każdy serio chciał wejść do kultury, osadzić się w niej, zakotwiczyć, utrwalić swój ślad. Jak dobrze, że jesteś. My bez słuchacza przestajemy istnieć. Bez słuchacza grozi nam śmierć muzyczna. Ratuj nas, po prostu słuchaj. Niby zabiegali o prozaika, nadskakiwali mu, w istocie awanturowali się, robili zamieszanie. Domagali się od niego pamięci. Masz nas przechować w swej głowie. Prozaik usprawiedliwiał się, że nie da rady wszystkich zapamiętać, z tysiąca może jednego, najwyżej dwóch. Nie chcieli tego słuchać, nie zamierzali w to wierzyć. Wręczyli mu spis artystów, przy każdym nazwisku było mnóstwo osiągnięć, zwłaszcza w zakresie długości wykonania. Jeden z nich był na topie – wykonywał utwór na trzech instrumentach bez przerwy przez siedemnaście godzin, dwadzieścia minut i trzynaście sekund.

Prozaik napisał opowiadanie pod tytułem Koncert tysiąca pięciuset muzyków dla jednego głuchego słuchacza. Oczywiście w nadziei, że swym tekstem przeniknie do kultury.

To, co tu szkicuję, brzmi lekko humorystycznie, ale prawdę mówiąc, wywołany temat nie może obejść się bez dystansującego śmiechu. Po prostu pragnę zaznaczyć, że przy tak inwazyjnej ofercie nowości zamazuje się nie tylko wybrany ośrodek, ale cały horyzont twórczości. Twórcy zarzucają świat nowościami, które przez nadmiar przeistaczają się w wysypisko eleganckich śmieci.

W tym kontekście główny wysiłek powinien więc być skierowany na obronę przed zalewem wytworów, przed potopem dokonań twórczych. Dotąd kultura jakoś radziła sobie, wchłaniała to, co twórcy proponowali. Od przysłowiowego dzisiaj zaś niezwykle pożądana staje się selekcja. Kultura, aby przetrwać, musi zdobyć się na wysiłek codziennego usuwania iluś tam nowych idei, iluś tam nowych pomysłów, iluś tam nowych produktów. Kultura (z zasady) jest konserwatywna, ciasno filtruje świeżynki, ale okazuje się, że współcześnie, przy obecnym zwariowanym tempie życia, już to nie wystarcza. Czym prędzej więc należy uświadomić sobie, że nie tylko nasza, po prostu żadna kultura nie jest w stanie (bez popadania w chaos) wchłonąć tego wszystkiego, co ludzie natworzą. Wprawdzie uwaga przeciętnego człowieka jest pojemna, ale niewystarczająco. Dajemy radę jedynie jej odrobinę zaangażować się w obejrzenie, przeczytanie, wysłuchanie nowości. Z drugiej strony patrząc, ta sama kultura nie będzie mieć szans na przetrwanie, jeśli my, ludzie zatroskani o własną planetę, nie uzgodnimy między sobą tak zwanych wybitności – że przynajmniej kilka nowych, wyróżniających się rzeczy zasługuje na naszą wspólną uwagę.