Realność świętego wymiaru Człowieka

Fragment książki
Fenomenologia ludzkiej świętości Haliny Romanowskiej Łakomy

 

Zdaniem wybitnego fenomenologa religii Mircei Eliadego (1965, 1993), sacrum jest religią przeniesioną w sferę psychologiczną i dlatego – jak sądzi autor – nie ma dziedziny życia ani żadnego znaczącego zjawiska, które nie uczestniczyłoby w sakralności (Eliade, 1966, s. 17). Pozostawiając fenomen samej religii specjalistom, nie jest ona bowiem przedmiotem rozważań w tej książce, spróbujmy spojrzeć na tę myśl z drugiej strony, odczytując ją niejako od końca.

Skoro sacrum obejmuje sferę psychologiczną i zawiera się w ważnych wydarzeniach, należy przyjąć, że świętość może przenikać człowieka w każdym momencie życia i być obecna w każdym psychologicznym przejawie rzeczywistości.

Książka ta mówi o sakralnych możliwościach człowieka, pokazując wizerunek Nowego Człowieka racjonalnie realizującego swój święty wymiar. Jest w niej mowa o człowieku świadomym przenikania świętości w życiu i konieczności realnego jej spełniania. Nowy Człowiek, którego tu przedstawiam, jest człowiekiem teraźniejszości, a nie przyszłości, człowiekiem, którego świat potrzebuje teraz. Nie jest to ktoś, kto dąży do bycia świętym, lecz ktoś, kto realizuje święte czyny.

W podjęciu decyzji o napisaniu tej książki pomogli mi dziennikarze, którzy mają odwagę pokazywać i nazywać po imieniu wydarzające się zło i bronić uniwersalnego dobra, często wbrew opinii społecznej. Wskazują oni na zjawisko współczesnego purytanizmu, zrodzonego w połowie XX wieku, w wyniku którego sądziliśmy, że idziemy w kierunku pełnej wolności i wydawało nam się, że stajemy się wyjątkowo tolerancyjni. Udawaliśmy, że nic złego się nie dzieje, kiedy broniliśmy się przed uczuciami i wzniosłymi przeżyciami w miłości i przyjaźni, udawaliśmy, że nie widzimy zaraźliwej destrukcji seksualnej, nowoczesnych postaw obojętności, krążącego smutku ludzi odtrącanych i słabych oraz nieludzkich zachowań ludzi silnych.

Dzisiejsi purytanie, którzy są biegunowo różni od purytanów epoki wiktoriańskiej, nie tylko akceptują seks, cielesność, przyjemności, ale popierają zachłanność tych zjawisk i zmysłową pożądliwość wszystkiego, co można włączyć do swego zasobu „posiadania”. Popierają wszelką chwytliwość rzeczy i pieniędzy. Boją się natomiast rzeczywistości sakralnej i wszelkiej czystości życia, nie tylko seksualnej. Ich życiową dewizą jest uznanie wszystkiego za relatywne i niepewne.

W ramach zaistniałej pod koniec XX wieku tolerancji, która zaakceptowała zjawisko odmienności rasowej, narodowej, religijnej, mentalnej, seksualnej, stylów życia, pojawiła się tolerancja wobec wszelkiej odmienności, również i tej, która jest destruktywna i zagraża ludzkiej czystości. Sacrum zostało wyparte i ograniczone do tego stopnia, że przestaliśmy postrzegać fenomen życia jako świętość. Zniknął szacunek nie tylko do godności, uczciwości, bezwarunkowej miłości, wierności, bezinteresowności, kultury wewnętrznej, itp., ale również szacunek do samego życia, które stało się wartością względną.

Wartości uniwersalne zostały unieważnione i wyparte nawet mentalnie. Ci, którzy zaakceptowali ten program etyczny, bezmyślnie odrzucili etykę ponadczasową. Niektórzy z nich w proponowanym novum etycznym znaleźli miejsce na profanację owych wartości. Nowa etyka stała się dla wielu zabiegiem demaskującym sentymentalizm, obalającym ckliwość, śmieszną obyczajowość religijną i zniewalającą tradycję kościołów.

W atmosferze tolerancji ostatnich lat XX wieku obyczajowość człowieka nabrała innego oblicza. Większość z nas nawet nie zauważyła, że staliśmy się obojętni i zimni w obliczu niszczonego dobra; staliśmy się obojętnymi świadkami wydarzającego się zła, które zaczęło się coraz bardziej rozszerzać i panować. Przestaliśmy dbać i chronić takie wartości, jak życie, miłość, uczciwość, zaczęliśmy stawać się obojętni na to, co je niszczy.

Zło w pewnym momencie zaczęło nam się nawet podobać i stało się atrakcyjniejsze niż dobro, zaś sakralne zjawiska stały się wątpliwe i niepotrzebne w dobie poszukiwań wartości pragmatycznych. Zniknęło sacrum wraz ze szlachetnym oburzeniem (morality indignation) wobec tych, którzy je niszczą (patrz rozdz. I). Zniknęło ludzkie smutne westchnienie, które mieliśmy odwagę wydawać kiedyś w obecności innych. Nic już dziś nie oburza, nie smuci, nie dziwi i nic już nie martwi, poza stratą własnej korzyści, która stała się wartością nadrzędną.

Człowiek XX wieku zrelatywizował świętości, a uświęcił rzeczy, pieniądze, bogactwo, sukcesy, sławę. Przyjął postawę wiecznie goniącego za czymś człowieka, który nie potrafi zapomnieć o sobie, gdyż jest skoncentrowany wyłącznie na korzyściach, jakie może wynieść, nawet wówczas, kiedy robi wrażenie, że działa na rzecz innych. Przestał być pokorny lub zdobywczy w sposób szlachetny, kiedy to, satysfakcjonując siebie, nie zapominał o innych.

Poprzedni wiek zranił prawie wszystkich, bo odarł z tego, z czego do tej pory nie udało się odrzeć ludzi w żadnej cywilizacji. Zostaliśmy odarci z boga wewnętrznego, tego wszystkiego, co jest w nas najlepsze i najwspanialsze. I już nie wierzymy w swoją wspaniałość ludzką, choć jesteśmy dumni z wiedzy i umiejętności, jakie osiągnęliśmy. Jesteśmy dumni z tego, co posiadamy, a nie z tego, kim i czym jesteśmy. I mimo, że jeszcze proponuje się nam Boga, to prawdziwym bogiem są (już nie „stają się”, lecz „są”, bo fakt się dokonał) dla nas pieniądz, zdobycze materialne i/lub wszelkie inne zdobycze.

Już nie wiemy, że istniały święte wartości i przenikały do ludzkiego życia, a pomysł poszukiwania ich w sobie może wydawać się nierealny, a nawet szalony. Odkrywanie w sobie możliwości kreowanych przez sacrum, wzmacnianie ich i tworzenie świętego wymiaru jest zatem konieczne. Istnieje potrzeba podejmowania problematyki ludzkich sakralnych możliwości, chociażby w trosce o zdrowie psychiczne człowieka. Istnieje obawa, że z powodu desakralizacji człowiek zaczyna traktować destrukcję jako normę.

Odnajdywanie sakralności w nas samych może stać się antidotum na wszelką destrukcję. Sięganie do własnych możliwości sakralnych wydaje się być obowiązkiem ratowania człowieczeństwa. Na pewno bardzo ważne jest dotarcie do pierwotnych źródeł destrukcji człowieka, ale zanim to się dokona, musimy już teraz poszukiwać dróg, które zniosą najbardziej bolesne objawy schorowanej ludzkiej duszy2. Nie sięgając do korzeni samego sacrum i nie wchodząc na teren religii i metafizyki, należy sobie uświadomić, że jednym z podstawowych źródeł dzisiejszego modelu etosu człowieka jest jego odejście od sacrum i unieważnienie swoich świętych możliwości.

Skoro pojawiają się w historii ludzkości osoby, które uznajemy za święte, należy uzmysłowić sobie, że w każdym z nas drzemie potencjał świętości. Należy sobie również uświadomiić, że potencjał ów został nam dany i jednocześnie zadany i mamy obowiązek go spełniać. Trzeba więc zadać pytanie, co my czynimy z tym potencjałem, czy staramy się go ujawniać, czy wkładamy w to choćby najmniejszy wysiłek? Wiemy bowiem, że beatyfikowani pracowali na swoją świętość. Jeśli postrzegamy świętość osoby świętej jako możliwą i realną, to dlaczego realnie nie operacjonalizujemy naszej potencjalnej świętości? Dlaczego nie badamy jej rozumem, lecz reagujemy na nią wyłącznie emocjonalnie i na ślepo ją odrzucamy?

Chociaż sądzimy, iż jesteśmy ludźmi epoki racjonalnej i uważamy się za istoty rozumne, nie potrafimy ustosunkować się rozumowo do przejawów sacrum. Przyjmujemy je jedynie jako spadek odległej tradycji, a nie jako rzeczywistość. Nie próbujemy sprawdzać możliwości naszej świętej natury, nie wierzymy w nią, a nasz stosunek do niej jest nierozumny i niekonkretny. Nie badamy możliwości jej konkretnego przenikania przez elementy racjonalne. Realistyczna postawa wobec świętości może poprowadzić nas od potencjalności do realności naszego świętego wymiaru i tylko ona upoważnia do wyrażenia swojego stosunku do sacrum. Przez realistyczną postawę rozumiem realizm mądry i sprawiedliwy, a nie nadmiernie wąski, uzależniony od fizyczności, materii i powiązany z wąskim racjonalizmem kalkulującego umysłu, nastawionego na korzyści. Mądry realizm rozwija mądre racjonalne postawy, gdyż wynika z bezstronności i uczciwości umysłu. Sprawiedliwy umysł każe zaakceptować rzeczywistość mistyczną, istnienie cudów, skoro takie się wydarzają i są rejestrowane. Nie jest to tożsame z uwierzeniem w nie. Nie odrzucenie, lecz akceptacja rzeczywistości sakralnej jest warunkiem jej badania. Brak akceptacji przekreśla i wyklucza taką możliwość, bo tego, co nie istnieje, nie próbuje się w ogóle badać.

Musimy odważnie spojrzeć na odkryte przez fizyków i biologów molekularnych prawa rządzące wszechświatem, dopuszczające zdarzenia cudowne, wykraczające poza prawa ewolucji oraz poza prawo przyczynowo-skutkowe3. Uwiarygodniają oni to, co wydaje się być irracjonalną świętością. Nie możemy pozostawać przy postrzeganiu świata w kontekście mechanistycznym i wąsko ewolucyjnym, a już na pewno nie w kontekście materialistycznym. Uznanie i uszanowanie niematerialnego źródła naszej rzeczywistości, o której tak pięknie pisał już w początkach XX wieku wybitny fizyk i astronom Arthur Stanley Eddington (b.r.), może wprowadzić na drogę uświęcania swego postępowania. Musimy zauważyć, że w tym momencie pojawiła się era konieczności dawania z siebie miłości i ciepła, era zwrotu ku świętości, która dokona oczyszczenia straszliwych błędów, jakie popełniliśmy jako ludzkość. Zimny chłód cyberczłowieka, jego obojętność wobec najbardziej drogocennych wartości, jakie kiedyś miłował, nie byłyby może aż tak groźne, gdyby nie obrazobórczy, cyniczny model etosu minionego wieku, negujący wszelkie, a więc i święte, wartości.
Druga połowa wieku XX była okresem wielkiego smutku, rozczarowania, a początek wieku aktualnego zaznaczył się jako czas wojen, zamachów, szalonego terroryzmu, a jednocześnie jako wiek oświecenia człowieka.
W XXI wieku zaczynamy odważniej i bardziej zdecydowanie oburzać się na okrutne ludzkie czyny i zachowania, a także samokrytycznie odkrywamy własne grzechy4. I mimo że dalej ulegamy fascynacji cyberkultury i pewnej laicyzacji życia, wewnętrznie łakniemy miłości ludzkiej i boskiej. I już nie odpowiada nam postawa obojętności, kpiny, ironii, nierzadko szyderstwa wobec świętości. Nie znaczy to, że musimy odwołać wszystko, co wydarzyło się w wieku poprzednim. Odwołać należy wszelką tolerancję wobec tego, co niesie imperatyw zła, prowadzi do inercji wobec niego i wywołuje destrukcję. Odwołać trzeba akceptację ludzkiej destrukcji i tego, co niszczy bezwarunkowe dobro. Są ludzie, którzy z łatwością weszli do klimatu cyberkultury i bez oporu ją zaakceptowali, nawet poczuli się w niej dobrze, ale nie sprawia im kłopotu wejście w nowy etap, który wymaga wycofania się z wielu przyjętych przez nas w XX wieku pozycji5. Są to ludzie, którzy doznali oświecenia, bo bardziej niż inni przeżyli ból wydarzeń świata i czują się współodpowiedzialni za to, aby świat stawał się lepszy. Posiadają oni w sobie wiele nadziei i dlatego są tymi, którzy tworzą Nowego Człowieka.

Wszyscy w ukryciu poszukujemy dobra i świętości u innych, rzadziej u siebie. Chcemy, aby inni byli bezinteresowni, dobrzy, a nawet święci; nie wiemy, że oni też tego oczekują od nas. Jest nam, niestety, na ogół trudno wykrzesać z siebie to, co jest w nas wspaniałe – wolimy się nie fatygować, jesteśmy gnuśni i pasywni, a najczęściej nie mamy ochoty dawać czegoś z siebie innym, wymaga to bowiem wysiłku i szczodrości. Wolimy ofiarować przedmioty, pieniądze niż siebie samych. Być może dlatego, iż nie wierzymy w siebie. Znajdujemy się jednak już w takim momencie, że powinniśmy być bardziej świadomi tego, że człowiek musi coś uczynić w aktualnym tysiącleciu, aby „świat nie zawalił się”. Na tym polega fakt naszego oświecenia, któremu musimy się poddać.
I choć dalej kochamy pieniądze i rzeczy materialne, wyrywamy sobie przedmioty i sukcesy, potrafimy przerwać, choć na chwilę, ten łańcuch gonitwy i zachłanności, aby poświęcić uwagę i serce dalekiemu światu. Wydarza się to w ostatnich latach coraz częściej. Dokonuje się w nas pewna pozytywna przemiana. Przełom wieków wstrząsnął nami i niektórym unaocznił, iż to, za czym gonimy, jest chwilowe i względne, a to, co odpychamy, jest wieczne i absolutne. Gdybyśmy potrafili – w miejsce stałej koncentracji na sobie i oddawania się swojej egoistycznej naturze, określanej w tej książce naturą ksobną6 – pójść za swoim cichym westchnieniem do nieznanego sacrum i odnaleźć jego przejaw w sobie, to spełnianie owego przejawu nie sprawiłoby trudu i stałoby się naturalnością. Nie bójmy się własnej świętości, bo nie zagraża nam bycie świętym, i nie o to tu chodzi. Nie zostaniemy odarci z ludzkich właściwości, które kochamy i do których jesteśmy przywiązani, nie grozi nam utrata zmysłowych wrażeń i cielesnej przyjemności, nie spotka nas nic z nudy i brzydoty życia, jeśli wchłoniemy coś ze świata sacrum.
Wręcz przeciwnie – zbudujemy w sobie piękno i dobro przestrzeni sakralnej, a hedonistyczne doznania i ksobne słabości nabiorą bogatszego wymiaru i otrzymamy natychmiast „zapłatę” tym, iż przestaniemy nadmiernie cierpieć z powodu straty świata rzeczy, bo odnajdziemy świat uświęconych wartości. Zapominanie o sobie „opłaca się”, tak jak „opłaca się” zaprzestanie wyłącznego zdobywanie „dla siebie”. Nie zdobywa się nic dla siebie ani świata, gdy myśli się ustawicznie o sobie – ten kto chce wszystko, nie ma niczego. „Albowiem cóż to da człowiekowi, jeśli zdobędzie cały świat, ale straci siebie samego i poniesie szkodę?” (Pismo Święte, 1971, Łuk. 9, 24 i n.). Spróbujmy przestać ustawicznie „zdobywać”, a osiągniemy swój wymiar święty, czyli siebie całego, ludzkiego i człowieczego, grzesznego i doskonałego, zespolonego z całym światem.