Zachowanie dziecka
jako test projekcyjny dla wychowawców

fragment książki
Pedagogika a paradygmat nieświadomości

Tomasz Olchanowski

 

We wprowadzeniu do monografii Frances Wickes (Wewnętrzny świat dzieciństwa) Jung zasugerował, „by rodzice symptomy swych dzieci postrzegali w świetle własnych problemów” (2009, s. 53). Analogicznie, współczesny psychoanalityk Peter Kutter pisze:

„Narkomani uosabiają w skrajny sposób cechy, do których nie potrafimy się przyznać. Odzwierciedlają nasze zachowania konsumpcyjne, żądzę posiadania za wszelką cenę, myślenie w kategoriach posiadania i panowania, emocjonalny chłód i obłudę” (1998, s. 142).

Tak jak zachowanie dziecka, jego lęki, skłonność do przemocy, niepokoje i nadzieje wiele nam powiedzą o systemie rodzinnym, którego rodzice (często dziadkowie, i to już nieobecni) są filarami, tak też jednostki zepchnięte na margines społeczny, przy uważnej obserwacji, dostarczą nam wiele danych o „duszy” społeczeństwa. U Fryderyka Nietzschego, jednego z wielkich prekursorów psychologii głębi, który tak fascynował i Freuda, i Junga, czytamy:

„Rodzice urabiają mimowolnie dzieci na swe podobieństwo – zwą to wychowaniem – żadna matka nie wątpi w głębi duszy, iż rodząc dziecię nabywa je na własność, każdy ojciec ma w swem mniemaniu prawo naginać je do swych pojęć oraz sposobu osądzania wartości. (…) A podobnie jak ojciec, tak też nauczyciel, stan duchowny, władca w każdym nowym człowieku widzą nadarzającą się do nowego posiadania sposobność” (1990a, s. 130).

Nietzsche (podobnie jak Schopenhauer) nieprzypadkowo jest uznawany za jednego z prekursorów psychologii głębi. Freud, kiedy zapoznał się z dziełami Nietzschego, był zdumiony jego wiedzą na temat siły i wyrażania się procesów nieświadomych, a także stopniem wglądu we własną psyche. Wielkość Nietzschego na tym polu doceniał też Jung, powoływał się na niego w swych publikacjach, a nawet poświęcił jego psychologii jedną ze swoich najciekawszych rozpraw (zob. Jung, 2010). W czasie gdy triumfy święcił pozytywizm wraz z ideą tabula rasa, wymieszaną z koncepcjami sprowadzającymi wszelkie procesy psychiczne do chemii mózgu, Nietzsche pisał:

„Wiedząc cośkolwiek o rodzicach, można już snuć wnioski o dziecku: dajmy na to, plugawa niewstrzemięźliwość, pokątna zawiść, prostackie wdzieranie się w nieswoje prawa – ta łączna trójca, stanowiąca po wszystkie czasy istotę gminnego typu, musi przejść na dziecko z taką samą pewnością, jak zepsuta krew; i z pomocą najlepszego wychowania i wykształcenia udaje się osiągnąć zaledwie pozory, przysłaniające dziedziczność tego rodzaju. (…) W naszej wielce demokratycznej epoce, i chcę powiedzieć, gminnej epoce, wychowanie i wykształcenie musi być w istocie rzeczy sztuką pozorów – by łudzić co do pochodzenia i dziedzicznego chamstwa ciała i duszy” (Nietzsche, 1990a,
s. 256–257).

W niektórych rodzicach przerażenie budzą te właściwości dzieci, które sami stłumili bądź utracili. Zbytnia ruchliwość dziecka, jego autorefleksyjność i zły kontakt z rówieśnikami (ci równie dobrze mogą nie być warci przyjaźni dziecka), apatia budzą niepokój. Jednak przerażająca jeszcze bardziej jest naiwna wiara wychowawców, rodziców, opiekunów w słowa autorytetów i uleganie szaleńczym modom na nowe kategorie chorobowe. Takie nazwy jak depresja, ADD, ADHD pełnią niekiedy rolę demonów, które weszły w ciało wychowanka. Nie chodzi o to, by negować istnienie tych jednostek chorobowych, lecz o to, że przypisuje się je zbyt dużej liczbie dzieci i młodzieży. Pigułka zastąpiła pas. Los zwierząt domowych wskazuje na to, że wyplenienie potrzeby ruchu można uzyskać w dość krótkim czasie metodą planowej selekcji. Czy przypadkiem nie zaczęliśmy już dawno leczyć przypadłości umysłu, których przyczyną może być nasza kultura? Aby wytrzymać wśród szaleńców stwarzających pozory normalności
i znieść przymus międzyludzkich relacji, dla niepoznaki zwanych uspołecznieniem, być może trzeba się samooszukiwać, czasami odurzając swój umysł i biorąc winy na siebie. Nie jest nam łatwo spojrzeć na toksykomana obiektywnie, bez negatywnych ocen,
i dostrzec, że nasza niechęć do niego prawdopodobnie bierze się stąd, że jego zachowanie jest metaforą naszej zbiorowej duszy. Toksykoman wydaje się karykaturą człowieka żyjącego w społeczeństwie konsumpcyjnym, pragnącego za wszelką cenę osiągnąć cel swych poszukiwań, społecznie aprobowaną używkę (pieniądz, tytuł naukowy bądź zawodowy, aprobatę), dla której jest gotów poświęcić zdrowie, godność, spokój sumienia i wiele innych przymiotów moralnych.

Gustaw Le Bon, który w drugiej połowie XIX wieku z niepokojem obserwował proces różnicowania się jednostek i narodów, zastanawiał się, czy przypadkiem nie zmierzamy do jakiejś formy niewolnictwa i wytępienia wybitniejszych jednostek. Dowodem na to ostatnie miała być coraz bardziej wyspecjalizowana praca, a im bardziej jest wyspecjalizowana, tym bardziej niszcząca inteligencję (zob. Le Bon, 1899). Zdaniem Le Bona tym, co odróżnia Europejczyka od mieszkańca Wschodu, jest niezadowolenie ze swego losu. Mieszkańcy Indii na przykład zazwyczaj starają się żyć zgodnie z przeznaczeniem. Wielu badaczy kultury zadawało indyjskim matkom pytanie, które wprawiało je w zdumienie z powodu ignorancji europejskich i amerykańskich uczonych: kim chciałyby, aby w przyszłości były ich dzieci? Jednak należy też odnotować, że to niezadowolenie ze swego losu nadawało życiu wielu Europejczyków swoistą dynamikę, co wyrażało się nieraz w pragnieniu zmiany i buncie przeciwko zastanej tradycji.
Z drugiej strony powszechne w Europie przeświadczenie, że charakter dziecka jest nieskończenie plastyczny i zależy (podobnie jak jego przyszłość) od woli rodziców, wychowawców, nauczycieli i stosowanych przez nich systemów wychowawczych, po dziś dzień bywa źródłem mniejszych i większych tragedii w wielu rodzinach (wychowanie jako forma terroru psychicznego bądź (i) fizycznego) i szkołach. Obserwując uważnie dziecko w wieku przedszkolnym czy nastolatka w okresie dojrzewania, możemy
z przerażeniem rozpoznać niejedną z iluzji, które braliśmy za nasze najświętsze prawdy. Na przykład to, że najważniejszą rzeczą
w życiu jest praca zawodowa bądź (i) sukces społeczny. Trudno nie przywołać tej z największych i być może najtragiczniejszych iluzji, która głosi, że świat został stworzony dla człowieka, bo to on jest panem wszelkiego stworzenia. Być może karą za tę iluzję jest bezwzględny przymus usprawiedliwiania własnego istnienia.

Stephen Batchelor, znawca buddyzmu, uważający się za buddyjskiego ateistę, demaskuje jedno z największych ludzkich złudzeń, związanych z mechanizmem projekcji i powstaniem systemów religijnych i ideologicznych.

„To, co przywołane jest, by wyjaśnić, co znajduje się poza zasięgiem ludzkiego doświadczenia, okazuje się być wypaczonym odbiciem danej ludzkiej tęsknoty. Bo czymże są bogowie, jak nie długowiecznymi, zarozumiałymi ludźmi, cieszącymi się rodzajem utopii, za którą tęsknią marzyciele i dzieci? Kim są tytani, jak nie ludźmi pełnymi ambicji, którzy nie mogą znieść sukcesu innych i którzy czują się jednocześnie pozbawieni mocy, aby ich pokonać? Kim są peta (duchy), jak nie karykaturą ludzkich istot, gnębionych nieugaszonym pragnieniem? Kim są mieszkańcy piekieł, jak nie ludźmi złamanymi potwornym bólem? (…) Co się tyczy zaś moralnego prawa przyczynowości (karmy): jest to ludzka sprawiedliwość przebrana za sprawiedliwość kosmiczną, a następnie przypisana bezosobowym mechanizmom świata przyrody” (http://sasana.wikidot.com/czy‑jestem‑wierzacy)