Korporacja jako pochłaniająca matka Zenon Waldemar Dudek

Referat analizuje różne analogie sytemu korporacyjnego i matki pochłaniającej, których symbolicznym odniesieniem jest też metafora smoka oraz mit o labiryncie i Minotaurze. Wiek XX to czas rozwoju wielkich korporacji i tworzenia koncernów na skalę regionalną i światową, w których zarządzanie ludźmi zostało oparte na planowym sterowaniu, kontroli i zautomatyzowanej wymianie kadr, naśladującej wymianę urządzeń w maszynie. Korporacje zamieniły się w luksusowe obozy pracy, w których szczęście ma być wynikiem maksymalnych osiągnięć i perfekcyjnej skuteczności kadr w dążeniu do celu, określonego przez władze korporacji. Religijny etos pracy dla dobra wspólnego zamienił się w etos pełnego oddania się dla zysku korporacji. Planowana przez korporację wizja sukcesu indywidualnego nie przewiduje swobodnej indywidualnej kreatywności i indywidualnego tempa rozwoju. Nadmiar indywidualizmu jest karany odrzuceniem lub wykluczeniem.
Psychologicznym odpowiednikiem systemu korporacyjnego w relacjach międzyludzkich jest syndrom matki pochłaniającej. Jest to matka „totalna”, nadopiekuńcza, nadmiernie skoncentrowana na dziecku, a przy tym wymagająca. Jej totalna opieka staje się źródłem ograniczenia rozwoju osobistego, zniewolenia i uwięzienia w macierzyńskim „raju” zdrowych jednostek. Ceną, jaką płaci ofiara matki pochłaniającej, to między innymi rezygnacja z indywidualności, infantylizm psychiczny, pracoholizm, uzależnienie od sterowania i kontroli z zewnątrz, brak umiejętności życia poza zorganizowanymi, zbiorowymi formami spędzania czasu, często depresja. Zjawisko to ma wymiar indywidualny, jak i zbiorowy.

Psychoterapia w służbie propagandy sukcesu – Tomasz Stawiszyński

Współczesna kultura terapeutyczna – w której mieści się zarówno literatura poradnikowa, popsychologiczna, jak i niezliczona liczba nurtów terapeutycznych ukształtowanych i funkcjonujących poza metodologicznym reżimem nauk empirycznych – w istotny sposób kształtuje tożsamość mieszkańca Zachodu, dostarczając mu różnych „narracji ja”, czyli perspektyw, za pomocą których definiuje siebie, swoje powinności i cele. Charakterystyczną cechą tej kultury – na co wskazuje między innymi izraelska socjolożka Eva Illouz – jest obietnica przezwyciężenia rozmaicie ujmowanych psychologicznych zahamowań i zaburzeń. Podejmowane działania mają doprowadzić jednostkę nie tylko do psychicznego zdrowia, ale też do osiągnięcia satysfakcjonującej pozycji społecznej. Ta obietnica jest jednak nie tylko niemożliwa do spełnienia – jest także apolityczna czy raczej antypolityczna. Omijając społeczne i polityczne uwarunkowania, którym jednostka podlega, i które w znakomitej większości decydują o jej realnym życiowym położeniu, nakłada na nią wyłączną odpowiedzialność za „samorealizację”. Pogłębia w ten sposób istniejące polityczne status quo i tworzy ogromne obszary frustracji, na które następnie dostarcza fikcyjne panacea. James Hillman, amerykański psycholog, jeden z najciekawszych krytyków współczesności, ujmował ten proces lapidarnym tytułem opublikowanej w latach dziewięćdziesiątych książki: „Psychoterapia ma już sto lat, a ze światem jest coraz gorzej”.

Przymus reinwencji jako forma zarządzania – prof. dr hab. Wojciech Burszta

Referat prezentuje koncepcję reinwencji jako coraz bardziej dominującej praktyki zarządzania własnym losem w realiach monokultury neoliberalizmu. Reinwencję należy rozumieć w dwojakim sensie: jako permanentne dostosowywanie się do wymogów życia zarządzanego logiką rynku oraz wypełnianie, naukowo-farmaceutycznie uzasadnianych, „zarządzeń” biopolityki (higiena ciała i mózgu). Przedstawione zostaną konsekwencje podążania drogą reinwencji dla kształtowania „społeczeństwa depresyjnego”, poddanego presji świata medycznego, farmaceutycznego i neuronauki.

Miejsce zagubienia – miejsce umocnienia. Krótka historia labiryntu – Paweł Fijałkowski

Labirynt jest nieprzeniknionym murem lub linią ograniczającą swobodę ruchu, plątaniną uosabiającą odmienność materii i przestrzeni oraz sprzeczność celu i okoliczności. Słusznie kojarzy nam się z kulturą minojską, a szczególnie z Kretą w wiekach XVII–XIV w. p.n.e., jak również z mitycznym Minotaurem oraz Tezeuszem i Ariadną. Nazwa „labirynt” pochodzi od słowa labrys, oznaczającego podwójny topór, będący zarówno symbolem Bogini Matki, jak i narzędziem robotników pracujących w kamieniołomach. Niewykluczone, że pierwotny labirynt, czyli „dom podwójnego topora”,  był kamieniołomem lub siecią naturalnych korytarzy i grot, a dopiero później konstrukcją o skomplikowanym rozplanowaniu lub specjalnie przygotowanym placem obrzędowym.

Słowa „labirynt” używamy przeważnie w potocznym znaczeniu miejsca beznadziejnego błądzenia, na ogół nie zdając sobie sprawy z tego, że w swej istocie jest on przestrzenią ryzykownej wędrówki ku duchowemu umocnieniu. Przeżycia o charakterze labiryntowym są próbą siły ducha, prowadzącą do zatracenia lub inicjującą przemianę, podczas której jaźń łączy świat zewnętrzny i wewnętrzny w psychiczną pełnię. Poznawszy samego siebie, swe popędy, lęki i pragnienia, powracamy do świata umocnieni duchowo i fizycznie, lepiej przygotowani do tego, by sprostać wyzwaniom otaczającej nas rzeczywistości.

Człowiek w labiryncie obrazów. Od projekcji do imagopatii – Tomasz Olchanowski

Kiedy próbujemy opisać świadome i nieświadome wymiary psyche, uciekamy się do obrazów, w których odbija się fizyczna natura doświadczana zmysłami. Obecnie zmysły znacznej części mieszkańców „globalnego raju” niekoniecznie adekwatnie doświadczają tej natury. Świadomość angażują jej wirtualne, bardziej lub mniej zdeformowane, widma, które uwodzą swym urokiem, a potem dręczą, psychicznie niszczą, a nawet sprowadzają śmierć. Rzeczywistość psychiczna jest w zasadzie jedyną rzeczywistością, którą możemy doświadczyć bezpośrednio. To sprawia, że żyjąc w swoim subiektywnym świecie, poszukujemy tego, co wspólne w przeżyciach własnych i swych bliźnich, nadając tym wspólnym doświadczeniom pozory realności. Wielu ludzi, zainfekowanych maniakalno-narcystyczną ideologią neoliberalną, przestaje widzieć to, co najbardziej oczywiste. Ale,  gdzie jest ta rzeczywistość, co ma być dla nas takie oczywiste? Rzeczywistość została zastąpiona przez obrazy cieni przesuwające się po większych i mniejszych ekranach. Na rozświetlonej ideologią uwspółcześnionej platońskiej ścianie przesuwają się „poprawieni” nasi bliźni, nasze rodziny, my sami jako ciała androidów z wgranym programem na szczęście, którym próbujemy zastąpić duszę. Nie są to ani twory realne, ani też wytwory naszej żywej wyobraźni. Obrazy „ja” zostały wyprodukowane gdzieś na zewnątrz. Wchodzimy w nie i role z nimi związane niczym w przygotowane dla nas przez władców uniformy. Czasem uciekamy od tych obrazów, zmagamy się z nimi, wkładamy antyuniformy buntowników, przygotowane, o ironio, przez tych samych anonimowych władców, czerpiących siłę z ludzkich iluzji, które od wieków potrafiły zwodzić ludzi na manowce i wciągać do labiryntu poznania.

Więcej informacji: